Wspólnie udaliśmy się nad grób Michała, gdzie po krótkich przemówieniach złożyliśmy wiązankę i zapaliliśmy znicze. Przed odejściem jeden z nas powiedział: „Nie miałeś dość szczęścia, aby dołączyć do naszego grona, jednak w Bieszczady idziesz z nami. Będziesz w naszych myślach i sercach na każdym etapie marszu." Po czym na grobie zawiesił okolicznościowy identyfikator z imieniem i nazwiskiem Michała jaki otrzymał każdy z uczestników rajdu.

Po blisko 12 godzinach dotarliśmy do celu naszej podróży. „Siedlisko Brzeziniak" – nasza baza wypadowa, z której roztaczały się malownicze widoki na panoramę Bieszczad. W progu przywitał nas nasz gospodarz Mirek wraz z sympatycznym personelem ośrodka. Z radością i dumą ujrzeliśmy niespodziankę jaką sprawili nam gospodarze - naszą flagę umocowaną nad głównym wejściem do budynku, która pozostała tam przez cały nasz pobyt.

Po pysznym, chociaż późnym już obiedzie, udaliśmy się na spoczynek. Jutro pierwszy etap wędrówki – cel Źródła Sanu. Jak zapewniał Przemek: „Trasa dość łatwa – damy radę".

Piątek

Po śniadaniu pakujemy się do naszego autobusu, który ma nas podwieźć do Beniowej skąd wyruszymy w drogę. Do źródeł mamy 11 km - licząc tam i z powrotem to jedyne... 22 km. Co my robimy? Szaleństwo, ale jak zapewniał kolega – damy radę.

Naszymi przewodnikami po Bieszczadach będą „Bobofruty" – Szop i Yumbo. Goście o nieco podejrzanej aparycji a zarazem szerokich i szczerych uśmiechach, którzy bardzo ciekawie opowiadali nam o miejscach jakie mijaliśmy.

W drodze Przemek rozdaje czapki – prezent od Helikona, który zaoferował się stopniowo umundurować nasze towarzystwo. Pierwsze helikonkomplety mundurów kilku z nas już otrzymało, czym wzbudzili lekką zazdrość u pozostałych kolegów ale... na każdego przyjdzie kolej.

Czapeczki przydają się natychmiast. Pogoda dopisała aż nadto, pomimo wczesnej godziny słońce już zaczyna dawać o sobie znać. Nie przyjechaliśmy tu jednak aby się poopalać – to zostawiamy leniuchom.

Ruszamy w drogę. Czapki, okulary słoneczne, kijki do marszu i plecaczki z prowiantem – żadnego zbędnego grama do dźwigania – w końcu i bez obciążenia wielu z nas ma problemy z poruszaniem się. Pierwsze minuty mijają w optymistycznej atmosferze, trochę z górki, trochę pod górkę – całkiem sympatycznie aż... Hmmm no tak, przecież skoro idziemy do źródeł, to po drodze muszą być strumienie i potoki do przekroczenia. Właśnie napotkaliśmy pierwszy z nich, nic trudnego - w pobliżu widać mostek, którym można nad nim przejść suchą stopą. Jednak kto chciałby odmówić sobie przyjemności skakania po kamieniach? Hop, hop - po kolei przekraczamy wodną przeszkodę. Śmiechu przy tym co niemiara, cieszymy się jak dzieciaki. Salwa śmiechu wybucha, gdy Krzysiek po utracie równowagi i zatopieniu w wodzie buta osłaniającego protezę, logicznie stwierdza:

-No przecież odparzenia i otarcia już mi nie grożą.

Pierwsza przerwa na odpoczynek. Ogromna lipa pośrodku niczego. W jej cieniu przegryzamy, uzupełniamy płyny – słońce się rozkręca. Strzelamy pamiątkową grupową fotę i ruszamy dalej.

Trzymamy się ścieżki, nikt z niej nie schodzi. Szop i Jumbo uprzedzili nas, że Bieszczady to „ziemia obiecana" żmij, zaskrońców i padalców. Ukąszenie tych pierwszych nie należy do przyjemności - i rzeczywiście napotykamy kilka żmij - widzimy jak umykają przed nami ze ścieżki. Humor nadal nas nie opuszcza, Jarek stwierdza: - Niech kąsają do woli, byle tę sztuczną nogę.

Bieszczady mają historię ciekawą i smutną zarazem. Po wielu wioskach jedynym śladem, że kiedyś żyli tu ludzie są cmentarze i ruiny cerkwi, które napotykamy na naszej drodze. Mimo palącego słońca cieszymy oczy otaczającym nas widokiem. Ulgę daje las, w którym w pewnym momencie znika prowadzący szlak. Po wyjściu z lasu na kamienisty trakt zaczynają się pierwsze kłopoty. Wysłużone stawy i dziwny ucisk protez przygaszają nieco uśmiechy.

Wędrujemy dalej, grupę zamyka Krysia – nasz Medyczny Anioł. Idzie na końcu uważnie obserwując ostatniego z nas.

Krysia jako ratownik medyczny jest naszą wolontariuszką. Znalazła nas w internecie, nawiązaliśmy sympatyczny kontakt, którego efektem jest jej obecność tutaj. Sama wielokrotnie uczestniczyła w misjach wojskowych w wielu miejscach świata, chociaż... koleje losu sprawiły, że nosiła inną naszywkę na rękawie munduru. Jednak dla nas jest „nasza". Zdobywa sympatię grupy już od pierwszego dnia. Nie zadaje dziwnych pytań, bo sama doskonale poznała odpowiedzi na nie. Gdy Janusz krótko po wyjeździe z Warszawy powiedział kogo mamy za opiekuna – lekko wyczuwalna nieufność do „obcej" prysła.

Drugim medykiem jest Krystian, kapral z 21 Brygady Strzelców Podhalańskich. Sympatyczny chłopak i „harpagan". Mimo obciążenia plecakiem medycznym, skacze przez napotykane przeszkody jak kozica, oglądając się czy i my dajemy radę. Miał pewne obawy odnośnie udziału w rajdzie, bo jak powiedział: „- Nie bałem się opieki nad wami, obawiałem się tylko, że to będzie regulaminowy weekend. Wiesz, meldowanie się, cały czas na baczność itd. Tymczasem wy nie patrzycie na pagony, traktujecie mnie jak równego, to miłe."

Krystian, jak każdy nowy dołączający do naszego grona nie wiedział, że stopnie zostawiliśmy w koszarach. Poza nimi jesteśmy sobie równi, nie ma starszych i młodszych, są tylko wybrani przez kolegów przedstawiciele środowiska.

Pierwszy z nas musi się poddać. Mimo, że na nowej nodze chodzi już od dwóch lat, jednak nie jest to to samo co własna. I tak doszedł daleko - mało który zdrowy człowiek pokonuje w ciągu dnia 6-7 km na własnych nogach w równym terenie – On dał radę i to po górach.

Idziemy dalej. Jest coraz trudniej, ścieżka poprzecinana wystającymi korzeniami drzew, miejscami stopnie i kładki, jednak i tak nie jest łatwo. Nieprzyzwyczajone do takiego wysiłku mięśnie dają o sobie znać.

Znów docieramy do kolejnego potoku. Z jednej strony polski słup graniczny, z drugiej ukraiński. Sprytniejsi, a może i bardziej przekorni, przeskakują po kamieniach na stronę ukraińską tylko po to, aby zrobić sobie zdjęcie przy słupie z barwami naszych wschodnich sąsiadów.

Kolejna przerwa na kanapkę i uspokojenie drżących mięśni. Kolejny postój – Grobowiec Hrabiny – cokolwiek to znaczy, do źródeł Sanu coraz bliżej. Znów potok, tym razem przez most, oszczędzamy siły. Już nie patrzymy na zegarki, widoki jakoś też powoli zaczynają obojętnieć. Skupiamy się na wystających z ziemi korzeniach – byle nie stracić równowagi.

Doszliśmy do grobowca. Jest ciężko, a czas mamy raczej marny. Drogowskazy informujące o odległości do kolejnych miejsc nie w kilometrach, a w czasie wędrówki nie sprawdzają się. Niestety jesteśmy wolniejsi od przeciętnego turysty. Mimo naszego uporu i zacięcia z przykrością musimy dokonać podziału. Czasu nie da się oszukać. Żeby zdążyć na późną obiado-kolację rozdzielamy się w tym miejscu. Silniejsi ruszają dalej, słabsi przez chwilę chłodzą nogi lub ich resztki w pobliskim strumieniu i ruszają w drogę powrotną.

Ostatecznie ok. 10 z nas rusza w drogę powrotną z lekkim żalem i niedosytem, jednak ze świadomością, że pozostali dokończą trasę za nas.

Upór i duma nie pozwalają na to, aby z trasy nie wrócić na własnych(?) nogach. Krysia idzie z ostatnim z nas. Zagaduje byle tylko odwrócić uwagę od bólu. Jej starania przynoszą efekt. Jarek – chłopak, który stracił nogę jeszcze w Bośni w 1996r. dociera do autobusu o własnych siłach. Janusz – posiada własne kończyny, jednak odniesione obrażenia w 2004 r. w Iraku spowodowały 100% uszczerbku na zdrowiu – również dotarł do mety na własnych nogach wspierając się na ramieniu Jacka – rannego w Iraku w 2005 r.

W trakcie trudnego powrotu dogania nas reszta. Źródła Sanu zdobyte! Przyjazd w Bieszczady nie okazał się tylko zwyczajną turystyką. Jutro ruszamy na Tarnicę, niestety bez ciężej rannych – dla nich przewidziano inne atrakcje.

c.d.n. - LINK co części II

Link do galerii zdjęć na facebook

 

Zdjęcia: Przemysław Wójtowicz

Tekst: Janusz Raczy

<< Lista aktualności