Jak urzeczeni spoglądamy na dziesiątki, nie... - setki diabłów! Za barem, na barze, w witrażach, pod sufitem, w kącie... Wszędzie diabły! A właściwie nie diabły, a biesy – w końcu jesteśmy w Bieszczadach. Teraz rozumiemy już sens napisu umieszczonego obok drzwi wejściowych – „BIESY I CZADY'. Wszędzie biesy, a lokal... - normalny czad! Uzupełnieniem wystroju są poroża jeleni, pokrywające niemal cały sufit, a na stołach... po dwie wbite w blat siekiery! No tak, siekierezada jak się patrzy.

Gdzieś w zakamarkach lokalu znajdujemy karnie zaparkowany oryginalny egzotyk militarny – Jeep Willys. Przez laików nazywany gazikiem lub łazikiem. Samochody te w czasie II wojny trafiły do Armii Radzieckiej w ramach pomocy „lend-lease". Sporo z nich znalazło się na wyposażeniu LWP. To pewnie jeden z tych, może nawet przyjechał w Bieszczady przed wielu laty w ramach Akcji „Wisła" i tak tu pozostał do dziś. Może woził Generała, który „kulom się nie kłaniał"? Kto wie...

Po sfotografowaniu chyba wszystkiego co tylko było możliwe, przenosimy się do największej sali ze schodami prowadzącymi na galeryjkę i niewielką sceną dla występujących tu muzyków.

Ściany przyozdobione są zastanawiającymi foto-portretami. Niemal na każdym „zakazane mordy". Twarze przedstawiają ludzi brodatych, kudłatych, z cerą zniszczoną słońcem, wiatrem i chyba czymś jeszcze... Zagadkowość owych person wyjaśniła się następnego dnia. Jednak nie uprzedzajmy faktów.

Zajmujemy miejsca na ciężkich ławach za szerokimi i długimi stołami – jedne i drugie ledwo „wygłaskane" i pokryte lakierem, doskonale podkreślają klimat lokalu.

Czekamy. Na scenie dwóch czarno odzianych gości kończy rozstawianie sprzętu. Jak zapowiedział Przemek, będzie jakiś koncert specjalnie dla nas. Jakiś??? Toż to był majstersztyk! Chłopaki dali czadu naprzemiennie grając rockowe kawałki własnego autorstwa, przeplatane ze znanymi klasykami muzyki poważnej. Mozart, Bach na rockowo – poezja dla ucha i balsam dla duszy!

Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki „Lotu trzmiela" Piotrek nie wytrzymał. Poderwał się z ławki i szaleńczo zaczął podrygiwać przed sceną udając przy tym latającego owada, czym wzbudził ogólną wesołość pozostałych.

Minęła 23.00. Koncert dobiega końca. Żegnamy się z Mr. Pollack – duetem, który tak umilił nam wieczór. Pora wracać do „Brzeziniaka". Jutro czeka na nas Tarnica.

Sobota

Dziś rozdzielamy się na dwie grupy. Silniejsi ruszają na podbój Tarnicy, słabsi spędzą dzień rekreacyjnie bez większego wysiłku.

Po piątkowym przemarszu wielu ogarnęło zniechęcenie do dalszych wędrówek. Marek i Przemek poirytowani – jeśli tak będzie, to cały sobotni plan bierze w łeb. Bunt w zarodku stłumił Janusz. Wracając wieczorem autobusem z „Siekierezady" rzucił koleżeńsko-żołnierską wiązanką puentując krótkim zdaniem: - Jeśli będziecie się migać, to ja, razem z Krzyśkiem i Jarkiem /na protezach/, pójdziemy na Tarnicę za Przemkiem choćby i „czołgiem", a wam leniwce zrobimy wstyd.

Doping podziałał. W planie dla słabszej grupki była przejażdżka bryczką. Wóz zamówiony na 12 osób - tymczasem brak chętnych. Ambicja wzięła górę nad wygodą. Marek dzwoni po pojedynczych osobach ponaglając do zejścia na parking przed „Brzeziniakiem". W końcu dziesięcioosobowa grupa formuje się niemal na siłę. Wsiadamy do podstawionego busa, który dowozi nas do zajazdu. Tam przesiadamy się do powozu wyglądającego jak te znane nam z helikonwesternów – swym wyglądem przypomina zdobywcę „dzikiego zachodu". Nasz woźnica zajmuje miejsce na koźle i ruszamy: cel – Łopienka. Słońce świeci, my ukryci pod zadaszeniem powozu obserwujemy mijane przez nas widoki: wzgórza, lasy, potoki, węglarze wypalający węgiel drzewny. Mijające nas auta trąbią, a podróżujący nimi ludzie wesoło machają do nas – co też skwapliwie odwzajemniamy. Niepokoi nas jednak to słońce. Świeci mocniej aniżeli wczoraj, a tam nasi koledzy ruszyli już pewnie w stronę Tarnicy. Oby dali radę.

Wreszcie zatrzymujemy się - Łopienka. Po wyjściu z wozu naszym oczom ukazuje się malownicza cerkiew grekokatolicka. Z tablicy informacyjnej dowiadujemy się co nieco o jej historii. Wchodzimy do wewnątrz, otacza nas przyjemny chłód płynący z jej kamiennych murów. W środku skromnie i pięknie zarazem. Naszą uwagę przykuwa charakterystyczny ołtarz w całości wykonany z surowego drewna. „Chrystus Bieszczadzki" – taki napis widnieje na umieszczonej na ołtarzu drewnianej tablicy. Sama figura Chrystusa rzeczywiście przypomina brodatego wędrowca podpierającego się kijem w trakcie mozolnej wspinaczki. Pod przeciwną ścianą znajduje się otwarta księga pamiątkowa – oczywiście pozostawiamy w niej ślad naszego pobytu w tym miejscu.

Po wyjściu na zewnątrz napotykamy na nieco dziwacznie odzianego jegomościa. W swej ofercie rozłożonej na nieheblowanym stole, prezentuje drewniane figurki. Oryginalne miejscowe dzieła – żadne tam „mejd-in-czajna" jakich pełno nad Bałtykiem czy w innych turystycznych miejscowościach. Ktoś kupuje figurki na pamiątkę dla swych dzieciaków. Jegomość z miejsca wycina scyzorykiem w ich podstawach podyktowane imiona. Andriej – tak nam się przedstawił - informuje, że za chwilę podejdzie do ogniska rozpalonego tymczasem przez naszego woźnicę, aby pogawędzić o Bieszczadach, a nawet zagrać coś na gitarze, którą akurat ma przy sobie. – Hahah, cóż za przypadek!

Gromadzimy się przy ognisku, nabijamy na patyki przygotowane kiełbaski próbując jakoś w tym upale ustać blisko ognia, chociaż... może gdyby poleżały nieco dłużej na słońcu to także by się upiekły?

Przychodzi Andriej. Tego, co i jak opowiadał w żaden sposób nie można spisać, ani tym bardziej zapamiętać. Dość, że przez ponad godzinę zasypywał nas ciekawymi historyjkami i pieśniami wygrywanymi na gitarze, co jakiś czas przepłukując gardło płynem z podsuwanego przez nas kubeczka.

Wszystkiemu z boku przysłuchiwała się para z kilkumiesięcznym brzdącem na kolanach. Zagadnięci przez nas odpowiadają, że wpadli niby na kilka rodzinnych dni, ale w rzeczywistości głowa rodziny przygotowuje się do „Biegu Rzeźnika". Od słowa do słowa – to nasi! Żołnierz z rodzinką. Zapraszamy ich do ogniska na wspólne śpiewanie i tak nieznanych nikomu z nas szlagierów miejscowego folkloru.

Ognisko dogasa, nasz przewodnik komunikuje nam, że pora wracać. Żegnamy nowych znajomych życząc Marcinowi ukończenia biegu. Tak właśnie! Poczytajcie o tym, a zrozumiecie dlaczego wystarczy życzyć „tylko" ukończenia. Żegnamy również Andrieja, od którego dowiedzieliśmy się już kim prawdopodobnie są osoby uwiecznione na portretach w odwiedzonej wczoraj „Siekierezadzie". Sprawy wyglądają następująco: napływowi mieszkańcy Bieszczad nawet po 10-15 latach nadal są tylko przyjezdnymi. Po 25 latach mogą zasłużyć sobie na miano „Bieszczadnika", a dopiero po tym na tytuł „Zakapiora Bieszczadzkiego". I nie jest to bynajmniej nazwa obraźliwa, a wręcz przeciwnie - bardzo zaszczytna. Bieszczadzki Zakapior – to ktoś na kim można bezgranicznie polegać. To człowiek, który wiele widział i wiele wie, z niejednego pieca chleb jadł i z wielu butelek pił. Tak więc persony na portretach, to pewnie ONI.

Kończymy naszą sympatyczną wycieczkę. Wracamy do „Brzeziniaka", gdzie oczekiwać będziemy na powrót naszych „twardzieli" z Tarnicy. Wieczorem zasiądziemy wspólnie do pożegnalnego ogniska. Jutro wracamy do Warszawy, skąd rozjedziemy się do domów.

Tymczasem w grupie „twardzieli".

Sobota 10.00. Wołosate - ostatni parking i sklep przed szlakiem na Tarnicę. 28 weteranów rusza na finalną trasę naszej wyprawy. Przemek udziela krótkiego instruktażu „ Szop z przodu, Yumbo zamyka . Naprzód! Ruszamy!" Razem z nami maszeruje ekipa TVN i reporter PAP - pan Darek Delmanowicz. Humor dopisuje. Z ust chłopaków sypią się dowcipy. Jest to zapewne spowodowane towarzystwem przeuroczej pani redaktor z krakowskiej ekipy TVN. Czeka nas 21 kilometrowy marsz . Zbliżamy się do Bukowca, jest 30 stopni C, a żar leje się z nieba. Zziajany operator kamery ma już dość. Tu udzielamy ostatnich wywiadów i żegnamy telewizję.

Najpierw Rozsypaniec - 1280 m n.p.m. To stąd rozciąga się przepiękny widok na najwyższy szczyt Bieszczadów – Pikuj - 1405 m n.p.m., dalej Halicz - 1333 m n.p.m. Według legendy w średniowieczu zbiegały się tu granice Polski, Węgier i Rusi. Na Haliczu niektórzy łapią drugi bieg i pięciu z nas postanawia z Halicza pobiec na Tarnicę! Trudno w to uwierzyć, ale tego dokonali – ranni żołnierze!!! To właśnie stała aktywność sportowa pozwala nam szybciej dojść do zdrowia. Po sześciu godzinach siedzimy zadowoleni na szczycie. Na twarzy każdego z weteranów maluje się uśmiech. Zbyszek ze spokojem stwierdza: - Kiedyś myślałem, że nie lubię gór, ale teraz wiem że ich nienawidzę. – śmiech. Po 20 minutach za ostatnim weteranem na Tarnicę wchodzi Pan Darek z PAP. Robimy wspólne zdjęcie pod krzyżem i udajemy się w drogę powrotną. Tym razem innym szlakiem - krótszym, ale bardzo stromym. O 17.00 jesteśmy na parkingu, gdzie czeka na nas Leszek i jego „wesoły autobus".

Wracając do „Brzeziniaka" zahaczamy o bacówkę. Oscypki i Bundz mają wzięcie , szczególnie wśród chłopaków z północnej Polski.

Cel został osiągnięty: Tarnica - 1346 m n.p.m. - najwyższy szczyt polskich Bieszczadów i województwa podkarpackiego, wznoszący się na krańcu pasma połonin, w grupie tzw. gniazda Tarnicy i Halicza należący do Korony Gór Polski – ZDOBYTY!

Wieczór. Wymęczeni, ale dumni z siebie i zadowoleni z ostatnich dni zasiadamy wokół ogniska w specjalnie na takie cele wybudowanym miejscu nad pobliskim strumieniem. Szop i Marek zestrajają gitary. Mirek – nasz gospodarz - przychodzi, aby dopowiedzieć to, czego jeszcze mogliśmy nie usłyszeć o Bieszczadach. Oczywiście jak na żołnierzy przystało - nasz ulubiony temat to II wojna, lata powojenne, akcja „Wisła", wysiedlenia i zasiedlenia. Rozmowy przeciągają się. Wreszcie gitary dochodzą do głosu, śpiewy, śmiechy, rozmowy w podgrupach. No nic, pora iść spać. Trzeba się jeszcze spakować, zaraz po śniadaniu wyjazd.

Niedziela

Po wczesnym śniadaniu pakujemy manatki instruowani przez Leszka. W drodze do Warszawy nasza grupa będzie stopniowo się kurczyć. Kilkoro z nas wysiądzie po drodze, w samej Warszawie wysiadać będziemy w trzech miejscach – żeby desant przebiegł sprawnie bagaże muszą być odpowiednio poukładane - Leszek niby cywil, a zorganizowany regulaminowo. Pod „Brzeziniakiem" robimy ostanie pamiątkowe zdjęcie. Mirek przyszedł nas pożegnać: - Do zobaczenia za rok! – Oby, bo chętnych z pewnością nie zabraknie. Jednak wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o... fundusze. Fundusze, które mamy nadzieję jakoś-gdzieś pozyskać.

Minęła 8.00, wskakujemy do „Leszkowego autobusu" i ruszamy. Zmęczeni, zadowoleni a jednak nieco rozżaleni, że to tak jakoś szybko minęło. Czy powtórzymy nasz rajd rannych weteranów za rok? Wierzymy, że TAK!

Podziękowania:

- DWL i J.W. 5644 – za pojazd;

- 21 BSP – za ciepłe przyjęcie w Stalowej Woli i przydzielenie Krystiana, który mimo młodego wieku troszczył się o nas niczym starszy brat;

- HELIKON – za wielkie pudło czapek i super mundury, w które mamy nadzieję z czasem ubrać pozostałych kolegów;

- Szop i Yumbo (bobofruty.pl) – za wzorcowe sponiewieranie rannych weteranów na pięknych bieszczadzkich szlakach;

- Krysia i Krystian – za czujne oczy, otoczenie opieką medyczną, hamowanie wygórowanych ambicji, oraz dodawanie otuchy w chwilach zwątpienia;

- kierowca Leszek – z Tobą żadna podróż nie trwa za długo;

- Mirek i Personel z „Brzeziniaka" – umiecie trafiać do serca i to nie tylko przez żołądek;

- Przemek – nasz minister sportu i turystyki - za dopięcie imprezy „na ostatni guzik", tak trzymać!;

- UCZESTNICY – za udowodnienie wszystkim wokół, a przede wszystkim samym sobie, że nie ma dla nas rzeczy niemożliwych! Brawo chłopaki!

 

LINK do części I

Link do galerii zdjęć na facebook

Tekst – Janusz Raczy, fragment o grupie zdobywającej Tarnicę – Przemysław Wójtowicz.

<< Lista aktualności