Na zakończenie spotkania wręczyliśmy tablice upamiętniające naszą obecność i drobne upominki dla synów poległego. Pamięć o Szymonie zabieramy z sobą. Szymek będzie z nami - w każdym trudnym kroku i przyspieszonym oddechu na górskich szlakach.

Późnym wieczorem dotarliśmy na miejsce. „Górska Ostoja" w Koninkach – to będzie nasza baza na najbliższe dni. Nad wejściem rozpięta flaga naszego Stowarzyszenia - uśmiechamy się – coś nam to przypomina. Jednoznacznie nasuwa się skojarzenie z polską bazą pośród obcych gór czy pustyni, tyle że... tamta flaga była biało-czerwona. Tu góry są nasze i rozkosznie zielone, a my czujemy się swojsko i bezpiecznie.
Na parkingu już czekają na nas Szop i Jumbo – nasi ubiegłoroczni przewodnicy po Bieszczadach. Klepiemy się po plecach, przybijamy piątki – fajni z nich ludzie. Mimo, że to nie żołnierze i tak są już „nasi".
Pochłaniamy późną obiadokolację. Aromatyczna kwaśnica, a po niej solidna porcja mięsa z ziemniakami poprawiają humory, ale też powodują nagły przypływ senności. Ziewając rozchodzimy się po przydzielonych pokojach. Trzeba wypocząć, jutro ruszamy na szlak. Niektórzy pomimo wcześniejszych zapowiedzi o braku zasięgu, próbują jeszcze znaleźć sygnał sieci gsm – bez skutku. Idziemy spać bez „złożenia meldunku" swym żonom i dziewczynom – chyba nam to wybaczą?

Piątek

Dzień zaczynamy od śniadania. Gospodarze karmią nas tak jak lubimy - dobrze i do syta. Sympatyczna obsługa i smakołyki sprawiają, że aż się chce zaśpiewać hit braci Golec: „Gdy widzę słodycze to kwiczę,
A oczy mi świecą jak znicze..."
Bierzemy prowiant na drogę. Słońce jakby na zamówienie wyłania się zza rzednących chmur. Krótka odprawa i ruszamy. Cel na dziś to Turbacz, niby nic wielkiego - jedyne 1310 m n.p.m. Pierwszy etap pokonujemy „na lenia". Specjalnie dla naszej grupy uruchomiony zostaje wyciąg krzesełkowy na Tobołów, który po paru minutach jazdy sprawia, że nasze telefony rozdzwaniają się – jest zasięg! Możemy dać znak życia do domów. Idziemy dalej. Przed nami do pokonania 20 km z różnym stopniem nachylenia. Już wiemy, że tabliczki informujące o czasie potrzebnym na dotarcie z punktu A do B w naszym przypadku nie zdają egzaminu. Trzeba to przyznać - jesteśmy znacznie wolniejsi od przeciętnych turystów jacy przemierzają te szlaki.

Po ok. półgodzinnym marszu docieramy do końca pierwszego etapu wędrówki – obserwatorium astronomiczne na Suchorze /1000 m n.p.m./. Tu czeka na nas pan, który oprowadzając nas po obiekcie cierpliwie odpowiada na czasem naiwne pytania jakie zadajemy. Przez teleskop niestety nic nie zobaczymy - niebo znów zasnuły gęste chmury, a do tego zerwał się wiatr.
Z Suchory rozciąga się doskonały widok na Turbacz. Kurczę, jak to daleko! I jeszcze ta przełęcz pomiędzy nimi. Każdy metr zejścia w dół będzie do odrobienia. Niedobrze. Jednak nie ma co się martwić na zapas. Lekko nie będzie, ale damy radę. Ruszamy!
Podziwiamy mijane krajobrazy, po pewnym czasie ścieżka znika wśród drzew. Jakieś leśne żyjątko spłoszone naszymi krokami przemyka z szybkością nie pozwalającą na jego rozpoznanie.

Po pewnym czasie napotykamy grupę turystów ze Słowacji. Wymieniamy grzecznościowe „dzień dobry" jednak na tym nie kończymy. Nasze języki są tak do siebie podobne, że nie mamy oporów przed krótką pogawędką. Wielu z nas służyło wspólnie ze Słowakami w Iraku i Afganistanie. Wspomnienia pozostawili po sobie bardzo pozytywne.
Zmęczone mięśnie zaczynają dziwnie drżeć, już czas na małą przerwę. Na postój wybieramy polanę, z której roztacza się malowniczy widok na panoramę Tatr. Przysiadamy na powalonych pniach, wcinamy kanapki i uzupełniamy płyny. Z tabliczek informacyjnych wynika, że jesteśmy w połowie drogi. Jak na razie jest nieźle – protezy i buty nie obcierają - z pewnością wszyscy dotrzemy do szczytu.
„Nie ma czasu! Idziemy dalej!" - pada hasło. Czas - to COŚ czego nie można dotknąć ani zważyć - a jednak jest takie cenne. Tak chciałoby się jeszcze pogapić bezmyślnie na Tatry, ale cóż. Trochę niechętnie zamykamy plecaczki nie zapominając o pustych butelkach po wodzie i woreczkach po kanapkach. Trzeba przyznać, że szlak jest w miarę czysty – w miarę, bo co jakiś czas napotykamy niestety jednak na efekty uboczne cywilizacji. Tak, niektórzy uczą się całe życie, a i tak bywa, że z marnym skutkiem.
Tempo marszu chyba nam spada, do tego kamieniście-błotnisty szlak sprawia, że coraz częściej się potykamy. Byle tylko deszcz nie zaczął padać.

W końcu docieramy na szczyt oznaczony ogromnym i paskudnym betonowym słupem. Wyraźnie widać, że pochodzi z czasów „czerwonej" epoki. Groteskowo próbuje udawać starożytny kamienny obelisk – jednak z marnym skutkiem. Seria pamiątkowych zdjęć, nasza uniesiona flaga pięknie łopocze na wietrze. Nie ma tu za wiele miejsca do odpoczynku dla czterdziestoosobowej grupy. Musimy iść dalej. Niedaleko znajduje się schronisko, przy którym zrobimy sobie dłuższy postój.


Rozsypujemy się po tarasie widokowym przed schroniskiem. Mimo, że znajduje się on o około 20 m poniżej szczytu, widok stąd jest jeszcze wspanialszy. Tylko nieliczne drzewa przesłaniają fragmenty ośnieżonych Tatr. Humory dopisują. Udało się, wszyscy dotarli, a teraz będzie już niemal tylko z górki. Odchudzamy nasze plecaczki, wiemy już że z powrotem zdążymy na czas.

Wracamy. Po krótkim marszu roztacza się przed nami szeroka polana z niepozorną drewnianą budowlą. Jak dowiadujemy się z pamiątkowej tablicy jest to „Szałasowy Ołtarz" – miejsce w którym w 1953 r. ks. Karol Wojtyła odprawił mszę po raz pierwszy stojąc przodem do wiernych. Mało kto już pamięta, że kiedyś wierni oglądali głównie plecy kapłanów.

Łagodna ścieżka zamienia się w strome kamieniste zejście poprzecinane wystającymi korzeniami drzew. Musimy bardzo uważać, aby nagle nie zjechać szlachetnym miejscem po zboczu. Mogłoby się wydawać, że schodzenie z Turbacza nie sprawi kłopotów, ale nie. Pracują zupełnie inne mięśnie. Każde kolejne stąpnięcie jest coraz bardziej odczuwalne. Ktoś zaczyna czuć implant w kręgosłupie, komuś innemu bezwładnie ugina się kolano. Zapieramy się na kijkach dla utrzymania równowagi. Nie ma potu i zadyszki, pojawia się za to nieprzyjemny ból w różnych partiach ciała.

Artur i Grzegorz - nasi ratownicy medyczni - bacznie nas obserwują. Nic w tym dziwnego. Nasz niewielki błąd w postawieniu stopy może przysporzyć nie lada zmartwień. Jednak żaden z nas nie chce kończyć marszu na plecach kolegów. Zaciskamy zęby i uporczywie pokonujemy metr po metrze.
Do wysiłku motywuje nas drobna i niepozorna kobietka – psycholog Ola. Większość z nas po raz pierwszy spotkała ją tutaj. Jedno trzeba przyznać – potrafi sobie zjednywać przyjaciół! W trakcie marszu kilkakrotnie przemieszcza się z początku na koniec i z końca na początek naszej ekipy. Czasu wystarczyło jej na pogawędkę chyba z każdym – ale skąd ma tyle energii aby tak między nami biegać? Niesamowita babka! Niemal niepostrzeżenie stała się „nasza".
Nareszcie słychać szum strumienia – to znak, że jesteśmy blisko „Górskiej Ostoi".
Jeden z nas zatrzymuje się i skubie jakieś zielsko, które z apetytem zaczyna przeżuwać. – Szalony, czy może aż tak głodny? – „Mmmm, jak cytrynka, mniam. Spróbujcie." – mówi podając zielone listki. Kurczę! Rzeczywiście po podniebieniu rozpływa się przyjemny kwaskowaty posmak. Ale skąd...? Aaaa, no tak. Kolega weteran był specjalsem, to wszystko wyjaśnia – czas spędzony na przerwaniach nie poszedł na marne.
Jeszcze jedna krótka przerwa dla uspokojenia mięśni i ruszamy pokonać ostatni odcinek. Jest!

Nareszcie dotarliśmy! Ufff. Jak dowiadujemy się od czekających już na nas kolegów – pierwsi z nich powrócili o godzinę wcześniej od nas. Nieźle.
Rozchodzimy – a właściwie to rozpełzamy się po pokojach. Zmęczone i obolałe nogi sprawiają, że chód jest śmiesznie pokraczny. Mamy godzinę na ogarnięcie się. Czeka na nas obiadokolacja, a po niej specjalnie dla nas zagrają znani nam już z ubiegłego roku bracia Polak.
Arkowi – jako temu, który ostatni wrócił ze szlaku - na pocieszenie wręczamy upominek. Powieść o nas samych – „(Nie)potrzebni" Marcina Ogdowskiego.
Mr. Pollack daje czadu. Grają mix rocka z muzyką klasyczną naprzemiennie z utworami własnego autorstwa. Przyjemne brzmienia pozwalają zapomnieć o zmęczeniu i trudach mijającego dnia. Bracia się rozkręcają, a my razem z nimi. Koncert z przerwami na pogawędki kończy się dobrze po północy. Część z nas poszła spać wcześniej. Mijając zajmowane przez nich pokoje słychać miarowe chrapanie. Chociaż szlak nie należy do specjalnie trudnych, to dla nas był sporym wyzwaniem. Możemy jednak być z siebie dumni. Nikt się nie poddał.

Sobota

Obolałe mięśnie i stawy z trudem pozwalają zwlec się z łóżka. Jednak dziś w planie atrakcje nie wymagające większego wysiłku. Może dlatego nie trzeba nikogo budzić na śniadanie. Bez specjalnych zaproszeń wszyscy pojawiają się o umówionym czasie przy wspólnym stole.
Po posiłku pakujemy suchy prowiant i wsiadamy do autobusu. Humory dopisują, ktoś sypie kawałami, ktoś inny jeszcze odsypia wczorajsze zmęczenie.
Pierwszym punktem w planie dzisiejszego dnia jest zamek w Niedzicy. Niestety, spóźniamy się. W Nowym Targu utykamy w korku. Dziś dzień targowy, na drodze przeważają auta z rejestracją ze Słowacji. Zmiana waluty odbiła się na cenach naszych południowych sąsiadów, dlatego chętnie korzystają z każdej okazji do zrobienia zakupów po polskiej stronie.

Wysiadamy na parkingu pod zaporą wodną na Dunajcu. Niechętnie spoglądamy na niezliczone schody prowadzące na jej szczyt. „Całe życie pod górę" – rzuca ktoś żartobliwie rozpoczynając mozolną wspinaczkę.
Od zapory prowadzi dość łagodne podejście pod zamek. Mijamy stragany z ciupagami, napojami, oscypkami i wszelką chińską drobnicą, na której można skubnąć parę groszy z naiwnego turysty.
Po przedarciu się przez jarmarczne mrowisko oczom naszym ukazuje się imponująca i dziwnie znajoma średniowieczna budowla. Już po chwili wiemy skąd wzięło się to uczucie deja vu. Któż z nas nie oglądał „Janosika"? A „Wakacje z duchami"? – może młodsi koledzy niekoniecznie, ale starsi z pewnością zachwycali się przygodami Pikadora, Perełki i Mandaryna.
W chłodnym cieniu zamkowych murów czekamy na przewodnika, który oprowadzi nas po zakamarkach zamczyska. Po paru minutach pojawia się sympatyczna pani przewodnik. Karnie podążając za nią wysłuchujemy historii zamku i jego mieszkańców. Zwiedzamy komnaty zamkowe i lochy. Zaglądamy do wydrążonej w wapiennej skale na ponad 60 m studni, wysłuchujemy opowieści o tragicznym finale miłości księżniczki Brunhildy i księcia Bogusława. Zwiedzanie kończymy na jednej z zamkowych wież, z której roztacza się piękna panorama na okolicę.

Mała przerwa na drugie śniadanie i zakup upominków. Schodzimy do położonego w dole parkingu.
Następny punkt dnia to spływ Dunajcem. W Sromowcach Wyżnych znajduje się przystań początkowa spływu. Flisacy ubrani w barwne kamizelki i góralskie kapelusze z wprawą usadawiają nas w swych tratwach. Już mamy ruszać, kiedy nagle okazuje się że brak jeszcze jednego z nas. Po wezwaniu przez megafon dobiega zdyszany do oczekujących tratw „- Sorki chłopaki! Zew natury miałem."
Odbijamy. Z początku wolno i leniwie, jednak stopniowo wraz z nurtem nabieramy prędkości. Jak zapowiedział „nasz" flisak, przed nami około dwie godziny podziwiania krajobrazów, ale nie tylko. Mijamy brodzącego bociana czarnego, który po chwili podrywa się do lotu. W wodzie dostrzegamy okazałe pstrągi, co wywołuje uśmiech u zapalonych wędkarzy.
Niemal cała ok. 15 km trasa prowadzi wzdłuż granicy ze Słowacją, toteż napotykamy tratwy z flisakami słowackimi, którzy w ubiorze nie wyróżniają się niczym szczególnym od naszych flisaków.
Z zapartym tchem podziwiamy mijane skały i wzniesienia. Marcelowa Góra, Biała Skała, Czerwone Skałki – trzeba przyznać, że natura jest doskonałym architektem. Docieramy do miejsca zwanego Zbójnickim Skokiem. Dunajec zwęża się tu do 10 m, nic więc dziwnego, że jak głosi legenda - słynny zbójnik Janosik spokojnie przeskakiwał w tym miejscu rwącą rzekę - i to podobno z owieczką na plecach!
Ostatecznie nasz spływ kończymy w Szczawnicy. Umawiamy się na zbiórkę przy autobusie i rozchodzimy się na krótkie zwiedzanie tej uroczej miejscowości.

Po powrocie do naszego ośrodka w Koninkach, witają nas aromatyczne zapachy pieczonego barana i grillowanych potraw. Tradycyjnie już nasi Gospodarze nie zawiedli. Każdy znalazł jakiś swój ulubiony przysmak.
Wieczór - a zarazem i cały pobyt - kończymy przy śpiewie, pogawędkach i wspomnieniach ze służby. Jesteśmy różni, pochodzimy z wielu miejsc Polski. Służyliśmy lub nadal służymy w różnych stopniach i jednostkach a jednak... Tyle mamy wspólnego.
Czy żałujemy? Nie. Nie mamy czego żałować, poza „kilkudziesięcioma wyjątkami" – Żałujemy tych, którym los nie dał szansy i nie mogą dziś być wśród nas.

Niedziela

Kończymy „Operację Gorce 2014". Po śniadaniu pakujemy bagaże i zdajemy pokoje. Żegnamy kolegów z 21 Brygady Strzelców Podhalańskich, którzy w drogę powrotną udają się w kierunku przeciwnym do naszego. Z Koninek wyjeżdżamy zmęczeni lecz uśmiechnięci. Jeszcze nie dojechaliśmy do Krakowa, a już padają pomysły gdzie zorganizować przyszłoroczny rajd.

Podziękowania:

- Psycholog Oli, ratownikom – Arturowi i Grzegorzowi oraz przewodnikom – Szop i Jumbo – Dziękujemy Wam za opiekę, dobre słowo, doping i troskę;
- Personelowi „Ostoi Górskiej" – za pyszne jedzonko, miłą obsługę i wyrozumiałość dla ułańskiej fantazji;
- Dyrekcji Zamku w Niedzicy i personelowi przystani flisackiej w Sromowcach – za niezwykle uprzejme i ulgowe potraktowanie naszej grupy;
- Zespołowi Mr. Pollack – za świetny koncert i użyczenie mikrofonu paru odważniejszym;
- Przemkowi – za doskonałą organizację całego przedsięwzięcia;
- Wszystkim uczestnikom – za wytrwałość i świetny koleżeński klimat.

promocja

<< Lista aktualności